Na początku, bardziej niż aparat, fascynowała mnie deskorolka. Zdjęcia robiłem mimochodem, jeżdżąc z kumplami. Nie musiało jednak wiele wody upłynąć, żeby to właśnie fotografia stała się dla mnie numerem jeden. Deskę odłożyłem. Pracowałem na minilabie, w końcu jako fotoreporter. Od pięciu lat robię zdjęcia do bydgoskiego dodatku „Gazety Wyborczej”. Wtedy fotografia stała się już nie tyle hobby, nie tyle pracą, co sposobem na życie. Fotografowanie to nie tylko utrwalanie emocji i zdarzeń, to też okazja na uczestnictwo w wielu wydarzeniach. A co za tym idzie – radość z przebywania z ludźmi.

Kilka lat temu narodziła się moja nowa pasja. Podczas urlopu ma Florydzie. Brat namówił mnie na nurkowanie. To była niesamowita przygoda. Nie wyobrażałem sobie wejść do wody bez aparatu. Zbudowałem obudowę z pleksi i zabrałem ja na basen. Zdjęcia wyszły świetnie. Piękne, harmonijne pływaczki synchroniczne….
Dziś już nie korzystam z domorobnej obudowy, ale z profesjonalnej, do lustrzanki. Fotografowałem już m.in. przedszkolną spartakiadę w miniaturowym basenie. Po zawodach nieśmiało porosiłem dwoje dzieci, aby zanurkowały i nagle… pod wodą był już tłum uśmiechniętych pięciolatków. Zdjęcie wywołało później też wiele innych uśmiechów – m.in. na twarzach zadowolonych redaktorów.
Obudowę biorę ze sobą wszędzie, gdzie tylko da się zilustrować temat pod wodą. Nie bronię się nawet przed pływaniem w ściekach. Wiem, głupi pomysł. Ale przecież nie można lepiej pokazać zanieczyszczonej rzeki!
Ale bardziej fascynuje mnie fotografowanie zatopionych wraków. Jeden – w Piechcinie, wspólnie ze znajomymi, sam utopiłem (a później sfotografowałem oczywiście). Teraz – jak magnes przyciągają mnie wraki stojące gdzieś na dnie Bałtyku.